lastowicze.blog

Ta wiedza pomoże Ci w świadomym podejmowaniu turystycznych decyzji

Turystyka szamańska, przebudzenie i ceremonie kakao

Posted by

·

Są takie wpisy nad, którymi zastanawiam się długo, a są takie, które wypływają migusiem z mojego serca. Z tym jest tak, że chciałam Wam w temacie opowiedzieć już dawno, ale powstrzymywała obawa przed oceną, przed komentarzami. Dziś mam odwagę, a dodatkowo mam doświadczenie, które podpowiada pisz!!!! może przeczyta to ktoś, kogo temat woła mocno i zanim podejmie decyzję, przemyśli eksperymenty z szamanami. Nie boję się dziś oceny, bo wiem, że nie zależy od niej moje być, albo nie być. Zakładaj słuchawki (to ważne), odpalaj specjalną playlistę i zaczynamy „ceremonię” wiedzy, która może okazać się dla Ciebie bezcenna.

Do naszego biura podróży coraz częściej trafiają zapytania o wyjazdy szyte na miarę, gdzie jednym z głównych punktów programu jest ceremonia przebudzenia. Dla niewtajemniczonych, to turystyka w odległe zakątki świata, gdzie przy użyciu tradycyjnej medycyny rdzennych plemion, wprowadzasz się w stan odmiennej świadomości. Po co komu odmienne stany świadomości? O tym popiszę w dalszej części wpisu. Słowo ceremonia czy rytuał lubimy sobie przypisywać do wielu czynności dnia codziennego. Kiedyś były to słowa zarezerwowane dla świętych i duchowych obrzędów. Dziś ceremonią jest przelew, a rytuałem pójcie do toalety. Jaka moda takie świętości.

O organizacje takich wyjazdów pytają również osoby, na codzień pracujące z ludźmi w temacie ogólnie pojętego rozwoju osobistego. Wszystkim mówimy stanowcze NIE, a w tym wpisie opowiem nieco dlaczego.  Jest to trochę poszukiwanie, eksperymentowanie , a w ostatnich latach moda, która przybrała na mocy wybitnie. Azja oraz Ameryka Południowa królują w tej materii, choć pojawiają się na liście również kraje europejskie i już tłumaczę Wam z czego to wynika. Wynika to z legalności danej medycyny i mimo, że roślina tu nie rośnie, jest tu legalna, np. z powodu obrzędów religijnych czy rytualnych. Są kraje gdzie święte rośliny wpisane są na listę zakazanych, pojawiają się w rankingach używek nawet wyżej niż twarde narkotyki czy alkohol, a za ich rozpowszechnianie czy posiadanie, grożą poważne konsekwencje prawne.

Od zarania dziejów stosowano rośliny jako medycynę i spierać się z tym mogą jedynie osoby, które usilnie wierzą w koncerny farmaceutyczne, jako jedyne źródło powstawania leków. Indianie, rdzenne plemiona Amazonii, czy Majowie z Meksyku, wiedzieli jak podczas ceremonii w obecności szamana prosić o połączenie z duchem, który wspiera plony, obfitość, urodzaj i zdrowie. Szaman przy użyciu odpowiedniej mieszanki roślin, łączył się w swoich wizjach z zaświatami i podawał receptę na szczęście. Dziś patrzymy na to nieco inaczej, dopatrujemy się szarlataństwa i czarów, które nie mają sensu, a jedynie sens w  odurzeniu narkotykowym. Troszkę prawdy w tym jest, ale wszystko zależy od tego jakie substancje zaliczamy do ceremonii, a jakie wrzucamy do wora pod przykrywką ceremonii. Takich praktyk dopuszczali się kapłani wszystkich religii, przywódcy, głowy państw, znachorzy, czarownice, uzdrowiciele, faraonowie. Czy wiecie, że w kulturze słowiańskiej, do której należymy liczba rytuałów, ceremonii i szamańskich cudów bije na głowę Amazonię czy Azję? Ale to nie o ilość dziś chodzi.

Odmienne stany świadomości to np. postrzeganie świata po spożyciu alkoholu. Twoja ocena sytuacji będzie różnić się od reakcji jaką podejmiesz będąc w stanie trzeźwym. To samo tyczy się reakcji po substancji psychoaktywnej, takiej jak psylocybina czy DMT, różnica jest jednak znacząca. Żadna z tych substancji nie wykazuje właściwości uzależniających i destrukcyjnych w obszarze połączeń nerwowych w mózgu, w przeciwieństwie do alkoholu. Odmienny stan świadomości daje Ci zatem możliwość wyjścia ze standardowego schematu myślowego, aby inaczej ocenić sytuację z którą się mierzysz. Odmienny stan świadomości, może jednak nie doprowadzić Cie do takich refleksji, a zafundować emocjonalny rollercoaster, na który nie jesteś gotowa/y.

Każdy szaman powiedziałby, że jak coś pochodzi z naturalnego źródła, wyrosło bez ingerencji człowieka, to jest to boskie i czyni dobro. Kto słyszał o greckich wyroczniach? Tam Pytie, a bardziej obrazowo dziewice ubrane na biało, odurzały się oparami z liści laurowych i jęczmienia , popijając wodę i żując roślinę, wprowadzały się w trans, w którym pojawiały się wizje przyszłości. Naukowcy twierdzą również, że do odurzenia dochodziło poprzez opary z wnętrza ziemi. Jedno jest pewne, niektóre przepowiednie sprawdziły się bezbłędnie, a niektóre kosztowały Pytie życie. Do wyroczni przybywały tłumy. W ich wizję wierzono bezgranicznie, stawiając na szali być albo nie być swoich wojsk, czy samych siebie. Zabraliśmy Was tu kiedyś wirtualnie podczas wizyty w pięknym greckim miasteczku Arachowa, gdzie chwilkę pomieszkaliśmy delektując się obłędnymi widokami. Do Delf stąd rzut beretem i jak poszperacie w naszych instagramach to znajdziecie kilka wpisów z Delfami w tle.

Oprócz oparów z wnętrza ziemi, czy aktywnych substancji z liści przeżuwanych przez dziewice, sposobów na odmienne stany świadomości jest znacznie więcej i nie wpadł na to człowiek. Naukowcy twierdzą, że ewolucja człowieka ściśle związana jest ze spożywaniem przez małpy grzybów psylocybinowych, które doprowadzały te stworzenia do nowatorskiego sposobu postrzegania świata. Małpy zaczynały dostrzegać możliwości, talenty, nowe narzędzia. Grzyby to jedne z najstarszym organizmów, a w 2019 potwierdzono u wybrzeży Kanady , że najstarszy odkryty grzyb ma więcej niż miliard lat. Można się zatem spierać co było pierwsze kura czy jajko. Jedno jest pewne, grzyby były pierwsze. Ale po co ja Wam to wszystko jako doradca podróży piszę? A po to, abyście przez ten wpis znali nieco inne oblicze roślin i turystyki, którą nazywam przewrotnie szamańską. 

Psylocybina to substancja psychoaktywna należąca do grupy tryptamin, która występuje naturalnie w środowisku, w niektórych gatunkach grzybów zwanych grzybami psylocybiowymi lub halucynogennymi.  Posiada nieograniczony potencjał w leczeniu depresji, stanów lękowych, PTSD ( zespół stresu pourazowego), a badania skierowane na korzyści i zagrożenia prowadzone są na szeroką skalę w warunkach klinicznych w wielu krajach. Psylocybina przekształca się w psylocynę, która wpływa na receptory serotoniny w mózgu, w efekcie następują zmiany w postrzeganiu świata, wyjście z pułapki przekonań, zmiana percepcji i świadomości. 

Substancja ta została zakazana w latach 60. XX wieku, czyli  w okresie wojny wietnamskiej. To wtedy właśnie mocno aktywny ruch New Age protestował przeciwko przemocy i nawoływał do pokoju. Nie bez powodu dzieciom kwiatom, i nurtowi New Age przypisuje się wizerunek naćpanych hipisów z kwiatem we włosach. Niepokój władzy w związku z licznymi protestami obywateli, przyczynił się do wytoczenia działa w postaci wojny narkotykowej, wrzucając tym samym LSD i substancje psychoaktywne, jako substancje narkotyczne i niebezpieczne. „Make love, not war” oraz styl życia oparty na wspólnocie i miłości, miał w tle przypisane przyjmowanie substancji psychoaktywnych takich jak LSD, czy psylocybina, które w tamtym okresie były substancjami dozwolonymi. Dopiero po latach USA przyznaje się do błędu, jakim było przystąpienie do konfliktu pomiędzy Wietnamem Północnym, a Południowym. Gdybym żyła w tamtych czasach, z pewnością nosiłabym spodnie dzwony, długie włosy i kwiat wymalowany na czole 🙂 to pewne. 

Prace naukowe w temacie substancji wciąż trwały i wykazywały niesamowite właściwości terapeutyczne. W 1970 psylocybina została sklasyfikowana jako substancja o dużym potencjale nadużycia , bez uznanej wartości medycznej i to całkowicie bez badań, bez potwierdzeń, od tak, po prostu. Na podstawie międzynarodowych umów takich jak Konwencja o substancjach psychoaktywnych z 1971 roku , doszło do regulacji handlu i użycia psylocybiny na poziomie globalnym, a batalię tę rozpoczęły landy odkryte niegdyś przez Krzysztofa Kolumba czyli USA. Można by rzec, że to wszystko przez hippisów i dzieci kwiaty 🙂 bo wszystko warto czynić z umiarem 🙂 

A dziś Uniwersytety i Stowarzyszenia Naukowe na całym świecie, prowadzą zaawansowane działanie mające na celu wykreślenie psylocybiny z listy substancji uzależniających, szkodliwych, nielegalnych.

I to przypadkowo w USA w stanie Kolorado i Oregon psylocybina jest już legalna i podawana pacjentom w kontrolowany sposób. To samo tyczy się Austrii, Holandii i Hiszpanii. Już po pierwszej dawce obserwuje się znaczącą poprawę w ciężkich stanach depresyjnych czy lękowych. Główną grupą badawczą są osoby z depresją  lekooporną, weterani wojenni ze stwierdzonym PTSD oraz ofiary gwałtów i osoby z ciężkimi uzależnieniami. Tak dzieje się w wielu miejscach również w Europie, w tym w Polsce. W Polsce aktywnie działa Polskie Towarzystwo Psychodeliczne, a także kilku psychologów, psychiatrów i neurologów, którzy dostrzegają potencjał w substancjach psychoaktywnych.  W czerwcu tego roku (2024), odbyła się dwudniowa konferencja na Uniwersytecie Warszawskim podejmująca temat psychodelików jako substancji pomocnej w terapii nowoczesnej.

Substancja jest dostępna na łąkach i w lasach, a Ty musisz zapłacić za przyjęcie leku, to znaczy, że ktoś chce Ci pomóc, ale chce też zarobić. Możesz też wyruszyć w dalekie zakątki świata i zasiąść przy ognisku z plemieniem popijając nektar szczęśliwości i obfitości. Jedni zakazują? to drudzy korzystają i zarabiają. 

A zatem tak działa ten mechanizm. Trzeba zdelegalizować naturę, aby móc potem w kontrolowany i legalny sposób sprzedawać ją dalej pod przykrywką ratowania ludzkości i z logo dużego koncernu farmaceutycznego. To tylko kwestia czasu. 

Większy sens w normalizacji prawa widzę w Meksyku, gdzie przez masowe wycinki kaktusa, rdzenni mieszkańcy borykają się z zadeptywaniem prywatnych ziem, z turystyką szamańską, a w zasadzie szarlatańską, która „gwałci” tradycję, doprowadza do patologii. Meskalina występująca np. w kaktusie San Pedro ma właściwości psychoaktywne i podobnie jak psylocybina, ma jeszcze wiele do odkrycia. Są regiony na naszej planecie, gdzie kaktusy rosną „na wolności”, bez zakazów i nakazów, ale my wolimy te, które połączą nas z Inkami lub Pachamamą, a przy okazji zadeptamy ziemię plemionom, które turystów nie chcą na swojej ojcowiźnie. W zeszłym roku doszło do zmiany przepisów i zbieranie meskaliny na terenach plemiennych jest zabronione chyba, że jesteś członkiem plemienia, to meskalina jest Twoim dobrem. 

Ayahuasca w języku Indian Keczua to liana duszy. To napar z liści i łodygi lokalnych roślin, a ich największe występowanie obserwuje się w Ameryce Południowej w tym w Amazonii. Ceremonia prowadzi do złamania ego i połączenia człowieka z duszą. Z naukowego punktu widzenia jest to substancja psychoaktywna również z rodziny tryptamin, która ma wpływ na naszą świadomość poprzez nadprodukcję DMT . DMT występuje naturalnie w niektórych roślinach, a także w organizmach, chociażby ludzkim. DMT przypisano określenie „ hormonu śmierci” , gdyż jest wytwarzany przez szyszynkę w kluczowych momentach życia człowieka, takich jak śmierć, narodziny czy głębokie stany medytacyjne. Badania te udokumentował dr.Rick Strassman w książce: „DMT: The Spirit Molecule”. Badania nad tą hipotezą wciąż trwają, a w sieci znajdziecie wiele materiałów w temacie. Przy okazji tej substancji dla spragnionych przebudzenia wspomnę jako ciekawostkę, iż językiem keczua posługują się mieszkańcy Andów i jest ich ponad 11 milionów. Zamieszkują tereny od Argentyny przez Ekwador, Kolumbię, Peru i Boliwię. Ogrom świata! rośliny te nie są tu cudem, a normalką jak u nas sosny czy wierzby. Wiecie, że słowo inka, kauczuk, lama, puma czy kondor pochodzą z języka keczua? A jedna z francuskich marek należących do grupy Decathlon o nazwie Quechua ( kto śpi pod namiotem ten zna) to nic innego jak keczua. Nazwa firmy inspirowana właśnie językiem mieszkańców Andów. 

Wracam do tematu…

Wszystkie wspomniane powyżej substancje czyli: LSD, psylocybina, meskalina, DMT to substancje psychoaktywne pochodzenia naturalnego. Za tą nielegalną, a jednak naturalną i znaną od zarania dziejów medycyną, ruszyli w świat turyści. Niegdyś turystę wołały 5 gwiazdowe resorty z all inclusive, a dziś zaczyna wołać dzika Amazonia i rozwód z ego. Moda ta niesie za sobą wiele niebezpieczeństw i opiszę Wam tu kilka z nich.

Wyjazdy do szamańskich wiosek na ceremonie z użyciem świętych roślin w odległe zakątki świata to wyższa szkoła jazdy. Pierwsze co się nasuwa to BEZPIECZEŃSTWO. Sprawdziłam legalność kilku biur, gdzie wyprawy zrobisz bez problemu. Ubezpieczenie, gwarancja organizatora, wszystko niby gra. Ale gdy wczytasz się w zakres odpowiedzialności w trakcie wyjazdu, nagle okazuje się, że niezgodności od groma, umywanie rąk gdy coś się wydarzy, brak możliwości sprawdzenia miejsca ceremonii, wszystko to piękny i tajemniczy marketing. Nie ma tu mowy o badaniach lekarskich, o dobrym stanie zdrowia, o zaleceniach, przeciwskazaniach. Taka tam wycieczka fakultatywna dla hecy. Uciekajcie czym prędzej!

Otwiera się tu ogromne pole do popisu dla szarej strefy. Wystarczy znana twarz „przebudzonej” niewiasty, która poprzez doświadczenia i szamańskie rytuały zmieniła swoje życie. Wyjazd na Bali, do Tajlandii, czy do amazońskiej dżungli ? Wystarczy grupa na FB , szybki live promujący na insta i grupa zebrana. Zero mowy o organizatorze, kto bierze odpowiedzialność, kto za co w ogóle odpowiada. Ślepo za Guru, którego uzdrowił rytuał. Żyjemy w świecie, gdzie depresje, stany lękowe, niskie poczucie wartości to nie przypadek, a standard. Zaczarować zbłąkane dusze nie jest trudno, szczególnie gdy są w czarnej dupie. Może i jestem czasem bujająca w obłokach i biegająca za jednorożcem, ale jedno jest pewne, na wnuczka się mnie nie zrobi. Moje zaufanie jest na wiecznym czuwaniu, a zanim się pod czymś podpiszę sprawdzam sto razy. Przez ostatnie lata brałam udział w różnych kręgach, warsztatach, zajęciach terapeutycznych. Czy wiecie, że na te dziesiątki razy tylko RAZ, jeden, jedyny raz, dostałam do wypełnienia ankietę, która miała wybadać moje potrzeby, a jednocześnie ocenić mój stan zdrowia? Raz, jedyny raz, wzięte było pod uwagę moje zdrowie fizyczne i psychiczne! Dało mi to niesamowicie do myślenia. Dało też pogląd, kto bawi się w uzdrawianie, a kto rzeczywiście chce dać mi wsparcie. Przerażające to mocno! Wiem, że krąg może być oczywiście kwestią dobrych intencji, a osoba prowadząca nawet nie wie, że wywiad zdrowotny to podstawa. Ale dobre intencje nie upoważniają nikogo do babrania w psychice i strugania z siebie specjalisty. Jeśli prowadzisz grupy, jesteś liderem w pracy nad życiowymi zmianami, tworzysz kobiece czy męskie kręgi wsparcia, to zainteresuj się kogo w tym kręgu masz, na kim będziesz się skupiał i czy przypadkiem zamiast w kręgu nie powinien zasiąść w gabinecie u specjalisty. Ankieta nie jest wyznacznikiem dobrze przygotowanego kursu, bo po drodze wiele można spaprać. Jest jednak dla mnie porządnym sygnałem ostrzegawczym.

I powiem Wam kochani czytelnicy, że chciałabym uzdrowić cały świat, zaserwować wszystkim magicznego grzybka, po którym refleksji, rozmów z duszą czy tańców ze zmarłymi nie brakuje. Jednak tak to nie działa! Chciałabym zabrać Was na wspólną ceremonię kakao, ale takie kakao od śp. Babci Krystynki, z mlekiem i cukrem, do kanapek ze śmietaną i truskawkami. Tego też nie zrobię.

Na tłuste kakao ceremonialne, też Was nie zabiorę, bo nie jest z mojej bajki i choć właściwości posiada, to wychodzę z założenia, że nie wszystko musi być dla mnie i nie wszystkim muszę się zachwycać. Może kiedyś zasmakuję prawdziwej ceremonii, a te karykaturalne doświadczenia pójdą w niepamięć.

Chciałabym zaserwować Wam ceremonię życia, tylko czy jako przedsiębiorca, doradca podróży mam przyzwolenie na majstrowanie takich wyjazdów? Czy mam prawo obiecywać Wam zmianę życia i prowadzić za rękę do „szamanów”?

NIE, NIE, NIE! Mówię stanowcze nie dla turystyki szamańskiej!

Moje NIE, tyczy się tematu deptania tego co święte dla rdzennych kultur. Umówmy się, że zadeptujemy już kawał tej ziemi. Czuję się jak hipokrytka, bo dokładam tym turystycznym światem porządny opał do pieca, ale jeśli mogę nie dokładać więcej, to będę wytrwała w postanowieniu. 

Mówię NIE, dla eksperymentowania ze zdrowiem psychicznym w warunkach przypadkowych, bez odpowiedniej opieki, a eksperymentowanie pod wpływem mody to już profanacja zdrowia. Komuś pomogło, Ciebie może zabić, miej to z tyłu głowy. Podczas ceremonii dochodzi niekiedy do zaburzeń lękowych, silnych wstrząsów organizmu, kompulsywnych wymiotów i biegunki, które mogą prowadzić do odwodnienia. Nadmierne pragnienie z kolei prowadzi do przewodnienia. Zatrzymanie akcji serca, udary, zatory, alergie, zaburzenia psychiczne. Chcę abyś wiedział/a. To nie jest zabawa, to chemiczny proces zachodzący w organizmie pod wpływem substancji, którą przyjmujesz dobrowolnie. Czy bad trip to mit? Chcesz się przekonać? Nikt nie weźmie za Ciebie odpowiedzialności, nikt nie wie jak to zniesiesz, nikt nie wie jak Ci będzie po wszystkim, a jak obiecuje to najzwyczajniej w świecie kłamie. 

Mówię NIE, bo tam gdzie interes tam duch zanika, a przecież czynisz to po to, aby uzdrowić duszę. Na ceremonii proces się nie kończy! On się dopiero rozpoczyna i czeka Cię wiele wzlotów i upadków, górek i dołków, pracy w nieskończoności. Zastanów się czy jesteś na to gotowy. 

Mówię NIE, bo śledzę od kilku lat ten „przemysł” i jestem zasmucona, w którą to stronę zmierza. Masz promil szans, że trafisz do prawdziwego szamana, do prawdziwej wioski, a nie fabryki, w której na dowidzenia zakupisz koszulkę z napisem ” Przebudzony”  i wyślesz kartkę do znajomych z kontem na insta szamana, który Ci to przebudzenie zaserwował. Taxi z lotniska prosto na „ceremonię”? czemu nie? O zgrozooooo! Im więcej chętnych zbierzesz tym niższą cenę zapłacisz. To ciekawe, że kiedyś dotarcie do szamana było wyzwaniem, a dziś dotarcie do szamana to jeden telefon do przyjaciela. Niechaj da Ci to do myślenia.  A może promocja trzy ceremonie w cenie dwóch? Serio! to się dzieje! Szaman w rdzennych plemionach różnych kultur nie stoi na lotnisku z tabliczką „Aya 200 euro”! Nie wysyła też swoich wysłanników. Do prawdziwego szamana docierają nieliczni, można rzec wybrani. Wręcz szaman i turysta to nie po drodze i nie ma w tym krzty nadęcia. Szaman, który czyni rytuał za rytuałem, ceremonię za ceremonią to zwykły biznesmen, a nie szaman. Pióropusze, tatuaże i gra na fujarce to nie wszystko. My ludzie z Europy potrafimy zachwycić się takim właśnie obrazkiem i wpaść w pułapkę komercyjnego gówienka, które z prawdziwą ceremonią nie ma nic wspólnego. Samo odurzenie substancją nie świadczy o procesie, czy o sukcesie. Czy wiesz po co w ceremonii w ogóle chcesz uczestniczyć? Czy to kwestia zabawy czy zmiany? Odpowiedź z pewnością dostaniesz, bo natura jest zajebiście mądra i potrafi pokiwać palcem dobitnie, szczególnie tym, którzy uważają się za sprytniejszych od natury.

Mówię NIE, bo nie wszystko jest na sprzedaż. Chyba jestem staromodna, ale mam takie w sobie poczucie, że są tradycje, które nie powinny  mieć ceny, bo są najzwyczajniej w świecie bezcenne i nie dla każdego.

Otwarcie oznajmiam nie polecę NIGDY, nikomu takiego wyjazdu, nie zarekomenduję organizatora, nie wymienię bezpiecznych miejsc i nie podam instrukcji, po czym poznać szarlatana, a nie szamana. To nie jest zabawa w polecajki, to odpowiedzialność.

Natura dała nam coś co postanowiliśmy zakazać, aby za pieniądze „ratować” świat tą samą naturą. 

Brawo ludzkość, brawo my.

Nie podzielę się tu historią z moich ceremonii. Nie zdam relacji i nie zostawię szczegółowej recenzji. Nie czuję takiej potrzeby. Mogę Wam powiedzieć jakie są skutki uboczne moich doświadczeń z medycyną naturalną, a są to: ogromne pokłady miłości ( choć tu też szkoła medytacji Loving Kindness ma swój ogromny wkład) , niechęć do używek takich jak alkohol, papierosy, a kiedyś melanż to było moje drugie imię. Większy wgląd w siebie dał odwagę do pracy z traumami, których nie tykałam latami. Przetasował relacje, przewartościował priorytety, odsunął ocenę z zewnątrz na daleki plan, pozbawił nieuzasadnionego wstydu, kompleksów, przewrócił życie do góry nogami, choć dziś czuję się jak bym w końcu stała w pionie, a nie podparta kijem i to takim od mopa. 

Uczestniczyłam w kilku procesach z medycyną roślin, doświadczyłam wspaniałego i odpowiedzialnego prowadzenia. To były cholernie trudne doświadczenia, choć czasem z zaskoczenia, bo przecież nie ma już czego naprawiać! I mam ochotę uruchomić link afiliacyjny i przykleić go na stałe w profilu z rekomendacjami, ale tego nie zrobię, bo to miejsca i ludzie którzy nie potrzebują naganiaczy, nie potrzebują followersów.  Do tych miejsc docierasz jak masz dotrzeć.

Znacie mnie już trochę i wiecie, że spokój i bezczas to moje środowisko naturalne. Że jak coś muszę, równa się – to nie dla mnie. Że nie pędzę, a jak ktoś chce mnie pogonić, to w rezultacie spowolni. Miłość jest moim drogowskazem i choćby brzmiało to jak anielski bełkot, to nie pochodzi on od szamańskich rytuałów, a od ludzi których poznaję na swojej drodze na przestrzeni dekad. Wiecie też, że kocham jednorożce i Kapitana, który towarzyszy mi w podróżach dalekich i bliskich. Wsparcie jego bezcenne i doceniam dziś cholernie, że mam takiego człowieka obok. Kocham też siebie, dlatego szukam, poznaję, odkrywam i docieram do miejsc, do których nie ma przelotów, pociągów, ścieżek rowerowych, drogowskazów i instrukcji obsługi. W tym świecie nie ma wróżek, zaczarowanych różowych zajączków i magicznego przycisku PRZEBUDZENIE. Jest to podróż, na którą nie da się przygotować. Bądź rozsądnym turystą w tej podróży bez trzymanki. Może jestem bezmyślna w oczach niektórych, ale najważniejsze, że jestem szczęśliwa patrząc w lustro, a nie zawsze tak było.

Poznałam na swojej drodze ludzi, którzy doświadczyli szamańskich cudów wielokrotnie, a wciąż oprócz wielkiego duchowego EGO i palonego tonami palo santo, nie zauważają sensu istnienia.  Nie potrafią znaleźć odpowiedzi samodzielnie, tylko uciekają w kolejne ceremonie, rytuały jakby to było jedyne wyjście i może tak jest, dziś tego nie neguję, nie oceniam.  Poznałam też takich, którzy zaliczają to doświadczenie do najgorszych w swoim życiu. Spotkanie z medycyną roślin, nie daje Ci gwarancji sukcesu, nie daje Ci żadnej gwarancji. Jestem typem dociekliwym, nieufnym, ale dzięki temu sprawdzam, sięgam do źródeł wszelakich, zarówno od strony naukowej jak i duchowej. Mało komu wierze na słowo. Wierzę za to w doświadczenie, w dobrych ludzi i wierzę sobie. 

I na koniec dodam, że nie jestem typem, który porzuca terapię konwencjonalną pod okiem specjalistów na poczet eksperymentów z szamanami. Stawiam na specjalistów w każdej metodzie, w każdej dziedzinie. Żadnej z nich nie traktuję jak jedyne rozwiązanie. Dziś mam przekonanie, że mix tych wszystkich doświadczeń doprowadził do miejsca, w którym czuję się szczęśliwa. Nie chcę abyście szli za mną! Będę wręcz przeszczęśliwa jak pójdziecie za sobą. Wasze zdrowie jest bezcenne, nie róbcie sobie z niego jaj. 

Jeśli widzisz w swoim otoczeniu osobę nakręconą na eksperymentowanie ze zdrowiem psychicznym, podeślij jej ten wpis. Może zastanowi się choć raz nad swoją decyzją. 

Idę pomedytować, bo się rozgadałam, a balans to złoto i również nie dowiedziałam się tego od szamana.   Tak! medytacja pomaga mi jak mało co, słuchać swoich potrzeb, bo kiedyś pytałam tylko o Twoje, co więcej! mało kto pytał o moje potrzeby i moje zdrowie, a tym którzy pytali jestem cholernie wdzięczna. Ta playlista ma prawie 6 h , a Ty zdążyłeś pewnie dotrzeć do 3 czy 4 utworu. Powróć do tej playlisty kiedyś, muzyka to genialna terapia dla duszy.

No to cześć 😉 

ps. wszystkie obrazki z tego wpisu, wygenerowałam przy pomocy sztucznej inteligencji, a każde słowo wypłynęło prosto z mojego serca.

o autorze

Twoi Doradcy Podróży Lastowiczka i Kapitan radzą, wspominają, ostrzegają i przygotowują do podróży. Jeśli masz pytania natury turystycznej, podróżniczej pytaj śmiało. Możesz zasugerować temat, który Cię interesuje lub trapi. Z pewnością obok takich nie przejdziemy obojętnie.

Odkryj więcej z lastowicze.blog

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej